Pod Gwiazdami

Przemiany w ultrafiolecie

Autor: Ewa Seydlitz

wydawnictwo: Brama

liczba stron: 256

wymiary: 158x237mm

okładka: twarda

ISBN: 83-914652-3-3

Przemian w ultrafiolecie można doświadczyć w rejonach pogranicza, na styku światów, w których dochodzi do spotkań z przedstawicielami innych gatunków. Treść i forma tych spotkań jest zagadką. Nie wiadomo czy to, czego doświadczamy wynika z manipulacji naszą psychiką, czy też ze strachu przed Obcymi.
Przemiany w ultrafiolecie to dziennik, zapis doświadczeń i przemian dziejących się w odmienionych stanach świadomości, a ponieważ jest to również próba ich zrozumienia, stajemy się świadkami budzenia się starożytnej wiedzy o człowieku.

FRAGMENT
17. Nadejście Świtu

Z biegiem czasu domyśliłam się, że to my sami jesteśmy tymi istotami, które podpowiadają nam ważne informacje, decyzje i poglądy w swojej przyszłej, wyzwolonej spod praw ograniczających materię – postaci.

11 grudnia 1998 roku nad ranem otrzymałam przekaz (zjawisko w transie, w stanie rozszerzonej percepcji, z jasnosłyszeniem i snem na jawie), pochodzący bezpośrednio od mojego przyszłego ja, które próbowało mi wyjaśnić moje pochodzenie i zadanie, z którym przyszło na świat. Nastąpiło wtedy przedziwne zlanie się naszych myśli i percepcji w jedno, a z galimatiasu, który powstał tym sposobem w mojej głowie, zdołałam tylko wyłowić to, że jest on członkiem grupy istot, które działają z ramienia kogoś od siebie wyższego, oraz że wcielił się w obecnym czasie ze względu na możliwość uruchomienia informacji, które staną się wkrótce ważne dla wszystkich, a teraz pomaga sobie (czyli mi) w przypomnieniu tego, po co się tu zjawił.

Do tej pory naszym kontaktom przeszkadzały moje sztywne, tradycyjne przekonania, ale to wkrótce ma się zmienić. Pora jest bliska. Nadchodzi świt. Informacje dotyczą między innymi kosmicznych istot, które opanowały technikę wędrówek w czasie. Ziemię czeka ogromny wstrząs. Będzie to początek potężnej przemiany, która z biegiem lat doprowadzi do jej regeneracji, a oni pojawili się tu po to, aby uratować ludzkość przed zagładą, ewakuując ją na inne planety w czasie największego załamania ekologicznej równowagi na świecie, które wydarzy się w przyszłości. To nie będzie żadna eksterioryzacja, ale zupełnie realne, fizyczne przeniesienie.

"Zaczęłam myśleć z perspektywy mężczyzny, lat około czterdziestu, mieszkańca Stanów Zjednoczonych. Byłem członkiem jakiejś niewielkiej grupki kilku osób, zajmujących się wiedzą tajemną i badaniem zagadek bytu, do których przybył zza Oceanu Balarama i przyniósł nam ze sobą tajemnicę. Tak, czytałem o niej wcześniej w książce Fan...r.... t... k...y...'a (?) Pun(v)h...am'a (?), to dla mnie żadna nowość. Teraz ujrzałem, jak moje dłonie wertują książkę, czytam tytuł i nazwisko autora na zielonej okładce, ale to migocze i tak trudno spamiętać szczegółowe ułożenie liter. Dysponowała nią od dawna nasza grupa wtajemniczonych, ale nie korzystałem w praktyce z tej wiedzy ze względu na starego ojca, którego nie chciałem opuszczać ani niepokoić. Książka miała tytuł Statki czasu."

Zaraz po tym, gdy jeszcze powtarzałam w pamięci usłyszany tytuł, nazwisko autora skojarzyło mi się z furtkami Pana i pojawiło się błyskawiczne przypomnienie różnych postaci z Biblii, które także poznały tajemnicę Henocha, Mojżesza, Aarona, Eliasza, Ezechiela, apostoła Filipa, jak również treść starochrześcijańskiej legendy o świętym Janie, autorze Apokalipsy, który z woli Jezusa nie umarł, ale gdzieś zniknął.

Książka opisywała sposób przenoszenia się w czasie w dowolne miejsca. Z tej wiedzy skorzystało dawniej kilka osób i zatrzymało się we współczesności, gdzie możliwości używania komputerów i różne wynalazki skusiły je do osiedlenia się na stałe. Czyżby chodziło o tych, którzy odzyskują teraz pamięć swoich poprzednich wcieleń? Czy naprawdę jestem jedną z nich? Zdumiało mnie to.

W wyobraźni pojawiła mi się jakaś siła niematerialna, rodzaj spiralnej fali podwyższonych wibracji, na którą się wsiada, znika w obecnej chwili, krąży w niewidzialnej sferze wokół różnych wydarzeń w przyszłości, jak wokół jakichś wzgórz czy wysp, i wysiada wtedy, gdy się tego zapragnie.

Pomyślałam o niezwykłej sile potrzebnej do wizualizacji takiego statku i o tym, że mnie się to pewnie nigdy w tym życiu nie uda. Jestem zwykłą osobą, żaden ze mnie wybraniec losu, mag, mistrz czy wtajemniczony. Mam poczucie skromności. Eksterioryzacja to zadanie dla ludzi utalentowanych i otwartych duchowo, a ja przecież nie potrafię tego stanu (jak i wszystkich innych zmienionych stanów świadomości) wywoływać z własnej woli.

Te informacje podawane były w sposób przyspieszony i panoramiczny i nie nadążałam z ich rejestracją i zapamiętywaniem, ale najdziwniejsze było to, że głos opowiadającego o tym mężczyzny przestał być w końcu moimi myślami i nagle zaczęłam go słyszeć z zewnątrz, podgłaśniał się i realniał jak głos z radia, i w pierwszej chwili po obudzeniu chciałam odruchowo wyłączyć odbiornik radiowy. Dopiero potem uzmysłowiłam sobie, że już od co najmniej dziesięciu lat nie stawiam radia obok łóżka, żeby budził mnie do pracy poranny III program, włączający się niegdyś kilka minut przed szóstą! Kiedy się ocknęłam, głos zniknął. Ale po krótkim czasie zaczął dzwonić dzwon w naszym parafialnym kościele. Była szósta rano.

Z początku nie wiedziałam, jak odczytać tę godzinę za dziesięć lub za pięć piąta rano, ale w końcu wszystko okazało się dziecinnie proste. Szósta rano to świt. Chodziło więc o czas na krótko przed świtem. Dzwon na pobudkę o świcie. Ta synchroniczność czasowa była więc jak podpis pod przekazem. Zapowiedź rychłego już świtu.

Rok później natknęłam się na książkę, w której rozpoznałam tamtą pokazaną mi we śnie. Była to indiańska Księga Rady Narodu Quiche – Popol Vuh. Tytuł, który przeczytałam na okładce, okazał się więc podpowiedzią co do sposobu odczytania tekstu tego świętego zapisu. Klucz do niej znalazł się w powieści science fiction, napisanej na kanwie Wehikułu Czasu Herberta George'a Wellsa przez współczesnego amerykańskiego matematyka Stephena Baxtera, pt. Statki czasu, traktującej o ingerencjach w historię Ziemi i ludzkości dokonywanych poprzez czas, co każdorazowo zmieniało bieg wydarzeń na naszej planecie i za jej pośrednictwem w całym wszechświecie. Rezultaty swoich odkryć i przemyśleń tego tematu zamieszczam w drugiej części Przemian...

Natomiast przeżycie z nocy 26 stycznia 2000 roku, choć również oparte na bezpośrednim kontakcie z obcymi istotami odbywającym się w zmienionym stanie świadomości, było całkowicie różne od wszystkiego, co poznałam do tej pory. Zapadłam wtedy w dziwny stan umysłu. "Otwierały się w nim jakby karty księgi i wzajemnie przenikały. Przypominało to wertowanie komputerowych plików. Próbowałam czytać niektóre strony i wtedy słyszałam tekst, wypowiadany przez spokojny, męski głos. Były to informacje, które dotyczyły moich wspomnień z wyższych światów, między innymi o pojedynku, który zaczął się już na wysokościach. Padło tam imię Michał. Potem poczułam, że ktoś się zjawił przy tapczanie i spryskał moją głowę niewidzialnym, świetlistym sprayem. Następnie narysował palcem na moim czole kształt pięcioramiennej gwiazdy, kojarzącej mi się z liczbą 7, i na koniec, powiedziawszy przyjaznym głosem: – Oczyść się jakoś – wyszedł z pokoju.

Po chwili usłyszałam jakby zza okna rozmowę kilku mężczyzn stojących przy bramie, namawiających jednego, aby gdzieś z nimi poszedł. Ale ten, co był przed chwilą u mnie, odparł, że jeszcze chce przy mnie zostać. Powiedzieli: – Przecież są teraz nowocześniejsze sposoby i tylko je zastosuj – ale on powtórzył spokojnie: – Zostanę. To moje dziecko.

Następnie weszłam do mieszkania, które wydało mi się znajome. Ktoś odebrał mnie z autobusu i przyprowadził tam, po czym wyszedł na chwilę, pozwalając mi się rozgościć. Zostałam sama w pokoju i wtedy wszedł do niego mój ojciec (rozpoznaję go natychmiast, choć nie jest podobny do mojego biologicznego ojca).

Tu świadomy sen przemienił się w percepcję identyczną z tą na jawie. Ojciec był ubrany w kakaowobrązowy, wygodny, miękki uniform, wyglądał na około trzydzieści lat i powiedział: – Chodź – a ja poszłam za nim, czując się bardzo głupio. Odbierałam wszystkie wrażenia wynikające z posiadania ciała fizycznego i gnębiła mnie zawstydzająca myśl, że jestem w koszuli nocnej, mam na pewno zmierzwione włosy i ogólnie śmiesznie wyglądam. Zaprowadził mnie do innego pokoju, w którym stało kilku podobnych do niego ludzi, młodych mężczyzn w brązowych uniformach. Byli bardzo mili, przyjaźni i dyskretni. Zaskoczyło mnie, że jeszcze mnie dziwi, a nawet lekko szokuje brak skrzydeł u aniołów.

Ojciec przedstawił mnie: – To moje dziecko – i poszedł za biurko, które stało w prawym rogu pokoju. Oni stanęli w dwóch rzędach (po dwóch albo trzech) z obu boków, przyglądając mi się w milczeniu. Wyglądali na jednakowych, ale każdy z nich posiadał odrębną indywidualność, którą doskonale wyczuwałam. Odbierałam ich niewątpliwą sympatię, lecz coś mnie zablokowało!

– No, nic nie powiesz? – podpowiedział mi wreszcie ojciec. Wykrztusiłam więc z zawstydzeniem: – Dzień dobry – bo nie przyszło mi nawet do głowy, przyzwyczajonej dotąd do biernego rejestrowania zjawisk i obrazów we śnie, aby czegoś od nich chcieć. Wtedy zauważyłam, że za oknem tego pomieszczenia panuje mrok nocy, i zawstydziłam się swoją gafą jeszcze bardziej. Przy okazji zdałam sobie sprawę, jakim to niekomunikatywnym, zamkniętym w sobie odludkiem się stałam. Kiedy wypowiadałam te słowa, zdawało mi się przez moment, że mam inne, pełniejsze wargi, a zatem inną twarz.

Nagle pojawił się, nie wiadomo skąd, niewysoki, korpulentny mężczyzna w krótkich do pół uda spodenkach w czarno-białą szachownicę. W kroju przypominały renesansowe włoskie pantalony, do tego rzeczywiście były jak gdyby od wewnątrz wypchane na biodrach, co nadawało mężczyźnie taki okrągławy wygląd. Był nieco starszy od brązowych, choć było to raczej wrażenie niż wygląd zewnętrzny. Do tego jego ludzka postura też była nieco inna od wszystkich znanych mi obecnie ras.

- Pokażę ci coś – powiedział i poszedł energicznie za swoje biurko, które stało na drugim końcu pokoju. Włączył stojący tam telewizor, a ja na ekranie zobaczyłam dwie osoby. Były to kobiety. W jednej, odwróconej z początku plecami do widza, domyśliłam się samej siebie. Po chwili zmieniła postawę, pokazując swój profil, i ze zdumieniem stwierdziłam, że nie jest do mnie podobna, choć jednocześnie dalej myślałam, że to ja. Była drobna, mniejsza i niższa od drugiej, całkowicie mi nie znanej, a jej twarz przypominała nieukształtowaną, dziwną formę z wydatnym nosem i błyszczącymi oczami. Jedynie jej oczy wydały mi się trochę podobne do moich. A usta miała duże, inne, z pewnością nie moje."

Po tym dziwnym przeżyciu ocknęłam się w swoim łóżku. Jednak do rana przeglądałam jeszcze pliki księgi w swojej głowie, a miły męski głos opowiadał mi historię Starego Boga, który w pewnej chwili zgodził się dobrowolnie przegrać, aby wszystko odmienić. Dowiedziałam się, że w systemie, który stworzył w poprzednim cyklu, w którym był jedyną nadistotą, mógł się czuć samotny, dlatego postanowił urodzić z siebie synów, innych mistrzów Gry, takich samych jak on, świadomych jednakowo jasnej i ciemnej strony mocy.

Jedyna, podstawowa wartość, na której opiera się nowy system, to miłość, wzrastająca bez końca, rodząca doskonałe istoty i coraz doskonalsze światy. Stary Bóg odwrócił się od własnej samotności i potęgi, którą zdobył, podporządkowując sobie absolutnie wszystko i wszystkich. Stał się ojcem, pokornym, cichym i przebaczającym najciemniejsze sprawki swoich dzieci. Aby jednak wykształcić je na podobne do siebie, pełne miłości istoty, zaaranżował świat, w którym każdy z synów uczy się jego nowej postawy, przezwyciężać zło i ciemność i przemieniać je w światło, tak jak on to niegdyś zrobił, samotnie i bez niczyjego wsparcia, wynurzając się ponad wyrastającą z głębin pierwotnego chaosu nieświadomość.

Cena rynkowa: 38.00 PLN, Nasza cena: 35.40 PLN

Produkt chwilowo niedostępny

Poleć produkt


Top strony